wtorek, 3 grudnia 2019

Miasto Innowacji 7. Ludzie Cienia



Miasto Innowacji: 07. Ludzie Cienia

Łukasz Pudło był młodym dwudziestojednoletnim mężczyzną, krótko ostrzyżonym, pracował jako magazynier, mieszkał w wynajmowanym pokoju na osiedlu Projekt. Oprócz pracy posiadał dwie pasje, picie piwa na ławce pod blokiem i nagrywanie rapowych kawałków w osiedlowym Domu Kultury.
Akurat relaksował się z browarkiem na ławce, gdy dosiadła się dziewczyna w kapturze.
- Słyszałam twoją muzykę. Przyjdą po ciebie za te wersy. "Spisek nad nami ziomalami""Nie ma wolności na świecie, chyba sami wiecie." Twoje teksy świadczą o tym, że podświadomie zdajesz sobie sprawę z tajemnic miejsca, w którym żyjesz. Będą chcieli cię zniszczyć. - mówiła ściszonym głosem kobieta.
- Myślałem, że nikt nie słucha mojej muzyki.- odparł zaniepokojony Pudło.
- Jeśli my słyszeliśmy to oni na pewno też. Gdy poczujesz się zaszczuty, możesz przystąpić do nas. Jak się zdecydujesz, czekaj na mnie w tym miejscu.
- Kim jesteście?

Gdy się odwrócił w kierunku rozmówcy, zakapturzonej postaci już nie było.
Następnego dnia po pracy poszedł do Domu Kultury nagrywać utwory.
Naprzeciwko komputera, na którym pracował, siedział Brunon Laguna pochłonięty rysowaniem.
Gdy Pudło miał zaczynać nagrywanie wokalu, do świetlicy wpadła ekipa policji wspomaganej przez zbrojnych urzędników.
Jeden z policjantów zaczął przeszukiwać biurko Łukasza. Pochylił się tak, żeby nie było widać jego ruchów, po czym odwrócił się i pokazał kilka pirackich płyt cd.
- Co my tu mamy?- zapytał z uśmiechem.
- Te płyty nie są moje. Podrzuciliście to!- oponował chłopak.
- Uważaj, co mówisz synek.- wycedził przez zaciśnięte zęby funkcjonariusz.
- Bierzemy wszystko.- powiedział policjant, dając znak kolegom do działania.
Ruszyła cała ekipa stojąca przy drzwiach i zaczęto konfiskatę mienia. Nie pomogło oburzenie opiekuna świetlicy i krzyki podopiecznych. Funkcjonariusze zaczęli odbierać twórczość bywalcom Domu Kultury.
Laguna własnym ciałem zasłonił papiery. Przedstawiciel władz chwycił go za ubranie i rzucił na podłogę. Zrabowane dobra układali w policyjnych furgonetkach. Po chwili, w drzwiach, ze łzami w oczach szczupły młodzieniec Brunon, obserwował jak policjanci, odjeżdżali z jego rysunkami.
-Będzie dobrze młody, naprawię to.- poklepał go po ramieniu Łukasz.
Następnego dnia Pudło wziął wolne w pracy. Rankiem usiadł na ławce, o północy przyszła do niego zakapturzona dziewczyna.
- Widzę, że się zdecydowałeś. To ostatni dzień twojego dotychczasowego życia. Weź tylko niezbędne rzeczy. Już tutaj nie wrócisz.
Łukasz spakował szczoteczkę do zębów i trochę ubrań. Pożegnał się z właścicielką mieszkania. Ruszyli uliczkami osiedla Projekt do piwnicy niczym niewyróżniającego się bloku. Pokazano mu kąt, gdzie mógł spać.
Rano o świcie obudziła go zakapturzona postać.
- Wstawaj. Dziś twój pierwszy dzień szkolenia.
Dziewczyna zaprowadziła go do innej piwnicy z nisko zawieszoną lampą, przy małym stoliku siedział zakapturzony mężczyzna w okularach przeciwsłonecznych. Na stole leżał kubek z gorącą cieczą i puszka z energetyzującym napojem.
- Witam, nie bez powodu znalazłeś się tutaj z nami. Obserwowaliśmy cię, żyłeś według bliskich nam zasad. Bezinteresownie pomagałeś biednym, broniłeś słabszych. Dziś twoja ostateczna decyzja po tym nie będzie już odwrotu. Jeśli wybierzesz czaj, otworzysz oczy na prawdę. Zobaczysz świat ze wszystkimi jego przywarami. Zaczniesz świadomie podejmować decyzję i pomagać w tym innym. Puszka napoju energetycznego symbolizuje życie, jakie prowadzi większość ludzi. Widzą tylko część prawdy, z każdym dniem coraz bardziej zatracają się, wykonując rozkazy, nie wiadomo kogo.
Chłopak po chwili zastanowienia sięgnął po kubek. Po wypiciu odczuł dziwne mrowienie ciała, ogarnął go wewnętrzny spokój.
Na trening udali się do suszarni, gdzie była rozwieszona pościel.
- Powieszono te prześcieradła, żeby było trudniej ćwiczyć?- zapytał ciekawie Pudło.
- Tak.- odpowiedział spokojnie rozmówca.
Stanęli naprzeciw siebie, mężczyzna wyprowadził cios w kierunku Łukasza, ten odruchowo się uchylił.
- Nie broń się.- upomniał chłopaka.
Znów go uderzył, Łukasz odskoczył.
- Nie broń się! - krzyknął Człowiek Cienia.
Następny cios dosięgnął celu, poczuł jak pięść, wbija się w jego ciało, które się odkształca i pojawia się cienka zielona poświata amortyzująca uderzenie.
-Teraz mnie uderz.- poinstruował Łukasza.
Chłopak machnął ręką, przeciwnika odrzuciło w górę. Wykonując podwójne saldo, wylądował bezpiecznie na ziemi.
- Nie broń się, nie spinaj, niech prowadzi cię moc magicznego czaju.- poinformował młodego adepta zakapturzony okularnik.
 Łukasz odpłynął, czas jakby zwolnił, widział ruchy jak wektory sił. Rozpoznawał ich moc i przewidywał ścieżkę działania.
Następne tygodnie spędził na nauce tajemnej sztuki walki Ludzi Cienia, czasami mężczyźni musieli przerywać trening, gdy mieszkańcy bloku przychodzili ściągać lub rozwieszać pranie.

W czasie szkolenia Łukasz zrozumiał, że nie należy ulegać pochopnie emocją, narażając się na prowokację. Ważne jest spokojne rozeznanie sytuacji i adekwatna reakcja. Między pojedynkami starszy mężczyzna wpajał mu żelazne zasady Ludzi Cienia.
- Nigdy nie kłam, nie oszukuj zawsze mów prawdę. Pomagaj słabszym, nie bój się walczyć z niegodziwością. Dąż za wszelką cenę do sprawiedliwości.
- A co jeśli bym moc wykorzystał do popełniania przestępstw.
- Czaj nie działa na ludzi nieprawych i podłych.

Pierwszą misją, w której brał udział Łukasz, było zorganizowanie kreatywnej młodzieży wyrzuconej z Domu Kultury miejsca w piwnicach. Ludzie Cienia opłacali rachunki za prąd i zapewniali gorącą herbatę. W tym cichym miejscu nikt nie przeszkadzał niepokornym autorom podczas procesów twórczych. Panowały idealne warunki do rozwoju niezależnej sztuki.
Priorytetem Ludzi Cienia było utrzymywanie równowagi w społeczeństwie. Widząc absolutną dominację jednej strony w kampanii prezydenckiej Miasta Innowacji, zdecydowali się na radykalny krok.
Pudło w czarnej bluzie z kapturem spokojnie przyglądał się potężnemu czteropiętrowemu gmachowi Urzędu. Budynek był otoczony wysokim ogrodzeniem i strażnicą z uzbrojoną załogą. Obok budynku znajdowały się koszary z żołnierzami, z tyłu umiejscowiony był poligon.
Łukasz ruszył pewnym krokiem w stronę stróżówki. Na drodze stanęło mu kilku żołnierzy, prosząc o dokumenty. Pudło nie zatrzymywał się, więc zaczęli go szarpać, gdy ich odpychał, uderzali w niego pałkami i razili prądem. Zbiegało się coraz więcej urzędników-wojowników powalili chłopaka na ziemię i zapalczywie tłukli. Łukasz skumulował w sobie energię kinetyczną pochodzącą z ciosów i wytworzył falę energetyczną, która odrzuciła napastników.
Rozległ się dźwięk alarmowych syren. Żołnierze wybiegali ze schronów, urzędnicy chcieli przyśpieszyć działania i sami pobiegli do zbrojowni, przynosząc im broń. Pudło niestrudzony szedł dalej, dobiegali do niego pojedynczy ochroniarze, których po zadaniu ciosu tylko lekko odpychał. Dotarł do z góry wypatrzonego pokoju. Zabarykadował drzwi, wykorzystując zmagazynowaną energią z uderzeń, otworzył sejf, z którego zaczął wyjmować dokumenty. Zastępy żołnierzy wbiegały po schodach śladami chłopaka.
Urzędniczka, której zależało na utrzymaniu posady, tym bardziej że zbliżała się do emerytury, nie czekała na żołnierzy. Sama chwyciła bazookę i wystrzeliła w stronę zajętego biura. Pudło schował się za blaszanymi szafami i zaabsorbował siłę wybuchu, która rozwaliła ścianę. Wyskoczył przez nią na zewnątrz i uciekł.
" Wielka draka w urzędzie, sprawców nie będzie."


Miasto Innowacji żyło wyborami prezydenckimi, ulice tonęły w kolorowych banerach i plakatach.
Wolf Franz był głównym kandydatem elit. Był człowiekiem nieznanym szerszej publiczności. Imał się różnych zajęć, w żadnej pracy nie zagrzał dłużej miejsca. Decydenci wiedzieli, że za pieniądze i przywileje, jakie od nich dostanie, będzie im wdzięczny do końca życia.
Jego oddanym druhem był Paweł Łowca, z którym znali się od dziecka. Za lojalność dostał stanowisko portiera. Chronił rozbłyskujący od czasu do czasu, ogrodzony tajemniczy teren znajdujący się na obrzeżach Miasta Innowacji pośród zniszczonego środowiska.
Czujne stróżowanie wyostrzyło mu zmysły, wyrobiło błyskawiczny refleks, sprawność fizyczną wyćwiczył na przeganianiu wędkarzy i meneli. Na szyi nosił naszyjnik z zębami wybitymi ofiarom.

Na potrzeby kampanii Franza sprowadzono bezkonkurencyjnego specjalistę od Public Relations, Stefana Zyska, któremu ufundowano agencję reklamy.
Był mężczyzną wysokim, słusznej postury po pięćdziesiątce z nie pasującą do mocno pomarszczonej twarzy tlenioną sztuczną fryzurą. Miał w biurze terraria z modliszkami i innym robactwem.
Targało nim wiele nerwowych tików. Zawołał do swojego biura, praktykantkę marketingu, chorą z nienawiści Elę.
- Jesteś stąd. Jacy są tutaj mieszkańcy?
- W większości są jak te robaki.- odpowiedziała wściekła.
- Taaa jak robaki...- Zysk uśmiechnął się złośliwie.

Konkurentów Wolfa dobrano według jednego klucza. Mieli bardzo podobny program, różnili się tylko akcentowaniem innych zagadnień. Większość szumu medialnego miała krążyć wokół Franza. Jedynym prawdziwym przeciwnikiem Wolfa był niezależny radny Franciszek Koń. Nikt nie zwracał na niego uwagi, ale przysługiwał mu czas antenowy. Był skromnym mężczyzną po czterdziestce. Mieszkał z mamą, która go namówiła do kandydowania w małym domku na obrzeżach Miasta Innowacji. W życiu nie złamał prawa, nawet nie wziął jednego dnia urlopu w pracy.

 Gdy wracał z miejsca zatrudnienia, podszedł do niego zakapturzony Łukasz i wcisnął mu w ręce teczkę pełną dokumentów.
- Zrób użytek z tym materiałem w kampanii. Miasto cię potrzebuje.
- Ale jak...- zmieszany Koń próbował coś odpowiedzieć jednak gdy się odwrócił, tajemnicza postać zniknęła w tłumie.
Franciszek był wstrząśnięty po lekturze otrzymanych akt. Dokumenty obrazowały proces wyniszczania rodzimego przemysłu, szereg firm upadło przez zwiększające się obowiązkowe opłaty, wprowadzano nowe prawa ograniczające działalność i przeprowadzano kontrolę wyszukujące rzekome uchybienia. Z drugiej strony inwestycję z zewnątrz mogły liczyć na szerokie przywileje i dotacje z budżetu.
Zszokowany mężczyzna, korzystając z możliwości występowania w mediach jako kandydat na prezydenta, zaprosił dziennikarzy, żeby przedstawić treść dokumentów. Wystąpienie Konia oglądał w swoim biurze w ratuszu Ibrahim. Podjadał przy tym kawior i popijał koniak Hennessy. Z tyłu w ogromnym łóżku z baldachimem spały nagie asystentki i sekretarki.

- Szanowni Państwo zrozumcie, jeżeli postanowienia tego planu zostaną wprowadzone w życie, zlikwidowany zostanie nasz przemysł i  rolnictwo. Nie będzie niczego.- alarmował zaniepokojony Franciszek.
Niebieski spanikował, gdy to usłyszał. Natychmiast zaczął dzwonić po znajomych mediach. Nazajutrz rano na okładkach wszystkich gazet pojawiło się zdjęcie z wykrzywioną twarzą Konia i wielkim napisem "nie będzie niczego".


Podczas jednej z rozmów przygotowujących Fraza Wolfa do występów publicznych Ibrahim spytał namaszczonego kandydata.
- Jakim chciałbyś być prezydentem?
- Będę takim, jakim chcecie, bym był.- odpowiedział mężczyzna bez chwili zastanowienia.
Niebieski był zafascynowany Franzem jego brakiem kręgosłupa moralnego i poczuciem wspólnego dobra. Patrzył na jego tętnicę szyjną, pociemniały mu oczy, wysunął kły i błyskawicznie przybliżył się do niego. Wolf nie odsunął się ani nie próbował obrony. Dawid wiedział, że z nim jako prezydentem będzie mógł zrobić wszystko.
- Mam coś dla ciebie.- syknął uśmiechnięty.

- Uczynimy z naszego miasta wyspę szczęśliwości, gdzie każdy będzie się czuł spełniony.- zakończył odpowiedź Franz na pytanie o rozwiązanie problemów w transporcie publicznym.
Następnym w kolejce do wypowiedzi był Koń. Przygotował się merytorycznie i czekał podekscytowany.
Wtem prowadzący zwrócił się do współprowadzącej.
-Panu Franciszkowi nie ma co zadawać pytania, bo przecież według niego nie będzie niczego.
Inni kandydacie podchwycili temat i zaczęli się przekrzykiwać "nie będzie niczego." Skutecznie wyśmiewali Franka do końca programu.
Ibrahim i Zysk oglądali razem debatę.
- Nie lepiej było mu zmienić nazwisko na bardziej swojskie?- spytał Niebieski.
- Polacy lubią takie egzotyczne motywy.- odpowiedział PR-owiec.

Po debacie Koń stał się rozpoznawalny. Ludzie na ulicy krzyczeli za nim "nie będzie niczego." Pojawiło się wiele propozycji wywiadów i występów. Koń odmawiał, bojąc się kolejnych upokorzeń.
Mama przekonała go do wzięcia udziału w popularnym talk-show. Argumentowała, że w studio zabraknie przeszkadzających mu politycznych przeciwników.
- Nie poddawaj się synku. Ludzie mają dość zakłamanych, skorumpowanych polityków. Gdy zobaczą, jaki jesteś uczciwy i prawdomówny przekonają się do ciebie.
W programie po przywitaniu Franciszek wyjął dokumenty wraz z przygotowanym opracowaniem, gdy zaczął przemowę, usłyszał z publiczności gromkie i powtarzające się "nie będzie niczego"! Zespół zapewniający muzyczną oprawę zaczął grać wesołą melodię pod wykrzykiwane hasło. Zrozpaczony mężczyzna wybiegł ze studia.

W telewizji pojawił się spot reklamowy Franza. W parku na ławce, trzech meneli w łachmanach, dwóch mężczyzn i kobieta raczyli się tanim winem. Nagle podszedł do nich wymuskany Wolf w garniturze, otoczony słoneczną aurą. Wysunął rękę do podpitego towarzystwa, mówiąc:
- Chodźcie ze mną.
Pijusy wyciągnęli ręce i skierowali się w jego kierunku. Gdy znaleźli się w obszarze promieniącej aury, przemienili się w młodych, pięknych, rzutkich biznesmenów i bizneswomen. Hasło kampanii głosiło "chcesz być młody, piękny i nie bez grosza głosuj na Franza Wolfa". Spot odniósł wielki sukces, idealnie trafiał w zapotrzebowanie elektoratu. Wyniki kandydata w sondażach poszybowały w górę.

Łukasz przeczuwał, że dzieje się coś niepokojącego. Podczas nocnych spacerów często obserwował latającą postać nad miastem.

Elita Miasta Innowacji debatowała w eleganckiej restauracji w centrum. Zamknęli lokal dla siebie, pobici do nieprzytomności członkowie  obsługi leżeli na podłodze w kałuży krwi. Panowie sami się obsługiwali.
Przy stole siedzieli przedstawiciel Czerwonych, Niebieskich reprezentował Ibrahim, był też herszt bojówki zusowskiej i przedstawiciel Urzędu Kajetan jeden z dowódców Armii Urzędników, zmutowany alkoholik z klanu bloków socjalnych.

Potężny czerwony był obwieszony złotą biżuterią. W ciągu godziny zdążył już wypić trzy litry wódki i zjeść pięć kilogramów surowego mięsa przeznaczonego na tatara. W alkoholowym zwidzie krzyknął.

- Jak to nie płacą?! Wszyscy mają płacić!
- Komornicy obiecali się tym zająć.- odpowiedział Egzekutor z Zusu.
- On powinien tu z nami siedzieć!- kontynuował Czerwony.
- Ten nowy co nie długo zostanie prezesem to świr. Powiedział, że odpowiada tylko przed społeczeństwem.- oznajmił urzędnik.
- "Komornik w służbie społeczeństwa" co za kuriozum! To się w głowie nie mieści.- stwierdził poirytowany Ibrahim.
- Na razie trzyma ich w ryzach starszyzna, kierując się tradycją. Niedługo jak zyski zaczną spadać, frakcje się zbuntują.
 Co do lokalu ojciec wymyśli jakieś uchybienie i zamkniemy im tę budę.- zaproponował Kajetan syn Nataniela.
- Sam to załatwię, zrobię to dla zasad.- powiedział z pewnością siebie siepacz z Zusu.

Gdy po naradzie szli do szatni, Czerwony się zatoczył.
- Równowagę tracisz, główka za słaba chamku?- naśmiewał się złośliwie Dawid.
Czerwony zamachnął się, aż go zarzuciło. Cios, który wyprowadził, zniszczył ścianę restauracji. Ibrahim zniknął i pojawił się w miejscu obok, wysunął kły, sycząc. Czerwony Cham warczał jak wilk.
- Uspokójcie się, musimy trzymać się razem na czas kampanii. Potem możecie sobie łby pourywać.- uspokoił towarzyszy urzędnik, zmutowany alkoholik.

 Wieczorem policjant Marek Rycerz, który brał udział w pacyfikacji osiedlowej świetlicy, przeglądał rzeczy zebrane podczas sprzątania radiowozu. Były też materiały zabrane z Domu Kultury, wśród nich prace Brunona Laguny. Od razu przykuły uwagę funkcjonariusza. Oryginalna kreska, dynamiczne kadry. Wciągnęła go lektura. Żonę zdziwiła przeciągająca się cisza z zamkniętego pokoju. Postanowiła, sprawdzić czym zajmuję się mąż. Ten, gdy dostrzegł otwierające się drzwi, spanikował, schował rysunki pod poduszkę i wziął znajdujące się wśród rzeczy czasopismo pornograficzne.
- Haha ty mój zbereźniku- skwitowała zachowanie męża ucieszona małżonka.

Następnego ranka Rycerz wraz ze swoim partnerem Krzysztofem Rurką wysiedli chwiejnym krokiem z radiowozu, nad którym zaczęła unosić się fala dymu. Mieli misję do wypełnienia. Wtem podbiegł do nich mężczyzna, trzymając się za krwawiący nos.
- Panowie zostałem napadnięty. Tam ucieka sprawca! - krzyczał roztrzęsiony poszkodowany.
Popatrzyli na niego z groźnymi minami. Pobitemu obywatelowi zrobiło się głupio.
- Przepraszam- odpowiedział, pochylił głowę w dół i odszedł.
- Patrz, tam jest.- wskazał Rurka do Rycerza.
Dobiegli do Franciszka Konia, gdy szedł do pracy.
- Dawaj dokumenty! Co tak wolno?! Stawiasz się?! - krzyczał do kandydata na prezydenta Rurka.
 Zaczął mu przeglądać kieszenie, szarpać za marynarkę, mężczyzna skulił się skomląc, wtedy Krzysztof zaczął go bić pałką po plecach.
- Kopnij go, podetnij!- nawoływał do Rycerza.
Marek stał jak zamurowany, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Gdy po interwencji, wracali do radiowozu, zaczął inaczej patrzeć na mijanych przechodniów. Dostrzegał w nich czujące istoty. Pojawiło się także współczucie dla ofiary. Przeraził się tej myśli.
Rurka był zaniepokojony zachowaniem partnera podczas akcji, o czym niezwłocznie poinformował przełożonego.
- Co ty jesteś Rycerz czy pipa?- krzyczał, wychodząc z gabinetu dowódca.
- Czego, przynajmniej nie skopałeś tego oszołoma?! Teraz to tylko Rurka dostanie awans na specjalną posadę, a ty frajerze bujaj się na drzewo.
- Haha- zaśmiali się obecni w pomieszczeniu policjanci.

Markowi nieuchronnie zmieniała się psychika. Brał nadgodziny. Parkował furgonetkę policyjną na obrzeżach miasta. Wódką próbował zabić rozkwitające w nim uczucia, stan upojenia odsypiał na podłodze w samochodzie. Nic to nie pomagało. Rosło w nim pragnienie obcowania z pięknem i chęć obdarowywania świata miłością. Tak na niego podziałały malunki wrażliwego Brunonka.

Rycerz usłyszał, że w przyszłym tygodniu odwołano patrole na osiedlu Projekt. Postanowił się dowiedzieć, co się stało.
- On do mnie "Dzień dobry panie policjancie" a ja go znienacka pałą w jaja.
- To się zdziwił. Haha!
- Przepraszam.- zagadnął Marek, przerywając rozmowę dwóch funkcjonariuszy.
Koledzy z pracy niechętnie odwrócili się w jego kierunku.

Tego wieczora Tomasz Kabanos naprawiał coś przy lokalu, gdy zobaczył zbliżającego się policjanta. Automatycznie się schylił, zasłaniając głowę przed pałowaniem.
- Nie, ja nie po to. Chciałem cię ostrzec.- powiedział ściszonym głosem Marek Rycerz.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu policjant wrócił do domu usatysfakcjonowany. Na posterunku zaczęto traktować go jak popychadło, żona, gdy usłyszała co się wydarzyło w pracy, przestała z nim rozmawiać i sypiać.

Łukasz Pudło odprawiał rytuał parzenia czaju w tajemniczym lokum, o którym wiedzieli tylko Ludzie Cienia.
Egzekutor z Zusu opijał się energetykami w samochodzie, przed oczami miał znienawidzony lokal. Ruszył w jego kierunku z piskiem opon.
Gwałtownie zatrzymał się na chodniku. Wypadł z auta, nie zamykając drzwi. Z superszybkością biegł w kierunku załogi baru.
- Motłoch, robole.- wykrzykiwał w ich kierunku agresor rodem z zusowskiego pałacu.
 Gdy się do nich zbliżał, nagle pojawił się Łukasz i błyskawicznie przechwycił Egzekutora. Spleceni razem w uścisku, uderzyli o zaparkowany w pobliżu samochód. Po upadku zusowski cyngiel błyskawicznie dopadł do Łukasza i z super siłą zaczął go okładać pięściami. Bił go bez opamiętania, aż się zmęczył. Pudło nie dawał znaku życia. Nagle otworzył oczy i wchłoniętą energię podczas bójki skierował w Egzekutora. Siła rzuciła funkcjonariusza na pięć metrów, dopiero zatrzymał go pień drzewa. Nieprzytomny opadł na ziemię.
" Szach i mat, właśnie tak."

Po zwycięstwie nad zusowskim ciemiężycielem, mieszkańcy  okolicznych bloków zaczęli się schodzić pod bar Kuchnia Domowa. W ciszy tworzyło się między nimi poczucie wspólnej sprawy.

Wieczorem ogłoszono wyniki wyborów. Wolf wygrał w pierwszej rundzie, miażdżąc przeciwników. Udało mu się zdobyć osiemdziesiąt procent głosów. Zwycięski sztab uwiecznił koniec kampanii bankietem, na którym wystąpił nowy gwiazdor romskiego disco-polo, Złocisty Uśmiech.
Jego porywające przeboje wprawiły ludzi w hedonistyczny trans.
 Franz Wolf nie zabawił długo na imprezie, grzecznie się pożegnał i udał się do swojego biura. Ubrał pstrokatą, wełnianą czapkę wiązaną pod brodą, nałożył odzienie przypominające peruwiańskie pancho. Otworzył okno i wyfrunął nad dachy budynków Miasta Innowacji.

Tymczasem w katakumbach cytadeli komorników odbywała się ceremonia zaprzysiężenia nowego prezesa.
W półmroku rozjaśnionym pochodniami, przy kamiennym ołtarzu stał opancerzony Dąbrowski, towarzyszyli mu członkowie starszyzny ubrani w ciemne togi. Ich twarze naznaczone były licznymi bliznami. Przeważającą ich część zdobyli jeszcze podczas krwawych wojen komorników z klanami zmutowanych alkoholików. Skala okrucieństwa starć przerosła wszystkich po tym rozpoczęto program konstrukcji zbroi dla windykatorów.
-...będę wierny sprawie do końca swoich dni, służba jest ważniejsza od życia. - kończył przysięgę Tomasz.
Z ciemności po bokach słychać było werble. Komornik otworzył stalową rękawicę, członek starszyzny podał uświęcony sztylet. Tomek przeciął skórę na ręce i przewody zbroi na udzie. Krew z dłoni wymieszał z wydobytym smarem. Następnie pancerz został natarty mistycznymi olejkami, przez członków starszyzny. Rozległy się głośne bębny i skandowanie z licznych gardeł.
- Umarł prezes, niech żyje prezes!
Coś się kończy, coś zaczyna. Franciszek Koń położył się spać. Spokojnie przyjął wyniki wyborów, cieszył się, że piekło kampanii wreszcie się skończyło. Miał już plan jak rozpocząć nowe życie. Gdy pojawiła się latająca postać nad jego zdewastowanym, przez chuliganów, domem ta myśl znikła.

Łukasz spacerował nocą ulicami Miasta Innowacji, gdy na witrynie sklepu RTV dostrzegł telewizor nadający serwis informacyjny. Pokazywano huczne zatrzymanie chłopaka w czarnym kapturze, skutego brutalnie prowadzono do radiowozu.

Nagle pokazali opalonego mężczyznę, z włosami postawionymi na żelu, w ustach trzymał cygaro. Ubrany był w czarną skórzaną kurtkę, pod którą rozpięta kolorowa koszula odsłaniała owłosiony tors, ozdobiony grubym łańcuchem. W tyle za nim stały wielkie postacie zamaskowane w kominiarki, ubrane na czarno i uzbrojone po zęby.

- Udało nam się złapać sprawcę bezczelnego ataku na Urząd, dumny filar naszego miasta. Niech to będzie przestroga dla innych łajdaków. Detektyw Rurka nie odpuszcza. Nastał koniec przestępstw w Mieście Innowacji.


Koniec.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Miasto Innowacji: 06. Komornik Altruista






Potężny, trzymetrowy mech komornik kroczył polną drogą na obrzeżach Miasta Innowacji.
Każdy krok ciężkich, stalowych stóp trząsł ziemią.
Jego celem była windykacja upadłego zakładu tokarskiego.
Ogromny metalowy korpus wieńczył szklany hełm, odsłaniający zacięty wyraz twarzy urzędnika.
Na odrzutowych butach egzekutor podfrunął w górę na wysokość zakratowanych okien, dodatkowo zastawionych blachą, która ograniczała widoczność. W środku panowała cisza i ciemność.
Korzystając z noktowizora, srogi windykator dostrzegł zdeterminowanych pracowników ukrywających się za skierowanymi w kierunku drzwi barykadami utworzonymi z worków piasku.
Komornik rozbiwszy okno, wpadł z hukiem do pomieszczenia, atakując od tyłu, przygotowanych do obrony robotników.
Jeden z nich w amoku rzucił się na niego z łomem. Mech wystrzelił z przedramienia pocisk sieciowy, który uwięził napastnika.
Związany padł na ziemię, bezskutecznie próbując się uwolnić.
Pozostali pracownicy obrzucili egzekutora żelaznymi rurami. Windykator schronił się za tarczą pola siłowego wygenerowaną z metalowej rękawicy. Zaatakował robotników falą uderzeniową wydobywającą się z wnętrza dłoni. Mężczyzn odrzuciło na trzy metry.
Kiedy udało się spacyfikować załogę, mech silnym ruchem metalowych ramion wyrwał z ziemi maszynę tokarską będącą przedmiotem windykacji. Odrzutowymi podskokami, skierował się w kierunku bazy. Model zbroi jakiej używał, potrafił wykonywać skoki na dwadzieścia metrów w dal i dziesięć metrów w górę.

Stanowisko komornika było dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Dzieci od wczesnych lat były przystosowywane do zawodu. Wybierano najsilniejsze z potomstwa. Przygotowywano ich psychicznie i fizycznie. Ciężkimi treningami zmieniali się w wypraną z emocji dobrze naoliwioną maszynę. W czasie studiów prawa odbywała się także nauka obsługi bojowego pancerza zaopatrzonego w najnowszą broń. Szkolenia były bardzo trudne, ale każdy wiedział jakie zyski przyniosą. Krew, pot i łzy traktowano jak intratną inwestycję w przyszłość.
Komornicy trzymali dyscyplinę jak w wojsku.
Dopingowali się nawzajem, lecz woleli działać samotnie, wtedy mieli większy procent z windykacji.

Egzekutor z łupem udał się do doskonale ochranianej bazy, potężnej cytadeli zbudowanej z szarych, grubych żelbetonowych murów.
Gdy składał łup w magazynie, dyspozytor, pogratulował mu udanej akcji.
Następnie urzędnik zawitał do zbrojowni zostawić pancerz.
Po czym zmęczony jednocześnie usatysfakcjonowany pracą poszedł do szatni wziąć prysznic. Spotkani w łazience współpracownicy pogratulowali mu skutecznej akcji. Półnadzy, obwiązani ręcznikami w pasie, zaczęli skakać wokół niego, trzymając ręce w górze, wydawali głośne małpie odgłosy na jego cześć.
-Auu,Auuu,uuu.
Bohater stał w środku okręgu i triumfalnie wymachiwał pięściami w górę.
Na zakończenie dnia odbyło się comiesięczne podsumowanie wyników pracy.
Sala konferencyjna zapełniła się krótko ostrzyżonymi, wysportowanymi kobietami i mężczyznami.
Spotkanie prowadził prezes komorników Aleksander Soliński Postawny mężczyzna około sześćdziesiątki z siwymi włosami i wąsami. Zawsze był elegancko ubrany. Mimo pracy biurowej ciągle pozostawał w formie. W gabinecie miał powieszony worek bokserski. Kiedy akurat nie miał obowiązków, uderzał w niego z werwą.

 Po przywitaniu się i krótkim wstępnym przemówieniu, zaczął wyczytywać listę najbardziej skutecznych pracowników. Każde nazwisko nagradzano oklaskami. Zdobywca pierwszego miejsca otrzymywał symboliczny dyplom.
- A na końcu z najgorszym wynikiem jak zwykle...- powiedział prezes, gdy doszedł do końca spisu.
Wszystkie oczy skierowały się na siedzącego z tyłu sali Tomasza Dąbrowskiego.
- Zawsze ktoś musi być ostatni- ironizował mężczyzna z głupim uśmieszkiem.
Tomek był trzydziestopięcioletnim, szczupłym brunetem o pogodnym nastawieniu, prywatnie zafascynowanym kulturą hippisów. Regularnie jeździł na koncerty muzyczne. Uwielbiał słuchać muzyki rockowej i poezji śpiewanej. Sam grał na gitarze, jego wiernym towarzyszem i słuchaczem był kot Felix.
Mężczyzna regularnie uczęszczał na piesze rajdy po Bieszczadach, podczas których napajał się pięknymi widokami natury i wsłuchiwał w szum drzew. Na ścianie pokoju w wynajmowanej kawalerce miał wielki plakat z ukwieconą łąką. Jego widok działał na Dąbrowskiego uspokajająco.
Młody komornik podśmiewał się z kolegów w pracy i ich wyczerpujących treningów, podczas których nakręcali się na coraz większe zyski.
Bezskutecznie próbował przekonać ich do większej empatii dla zadłużonych, oni nie traktowali go poważnie.

 Po konferencji prezes podszedł do Tomka i poprosił o spotkanie w cztery oczy.
- Słuchaj Tomek, wiem, że jesteśmy tu wszyscy jak jedna wielka rodzina, ale masz zawsze najgorsze wyniki, musisz pokazać, że ci zależy. Na osiedlu Projekt powstaje nowa knajpa Kuchnia Domowa. Pójdziesz tam, trochę postraszysz na przykład spaleniem lokalu. To są normalne sprawy. Zarekwiruj coś, mogą się odwołać, ale wiadomo, jak się to skończy. Haha!- zaśmiał się Soliński.
- Tak jest szefie.- odpowiedział podwładny.
- Jak klient jest przestraszony, wtedy go obrażasz. Kiedy zaczyna, biadolić naciskasz.- poradził na odchodne Aleksander.
- Dobrze.- odparł Dąbrowski.

Po uroczystości komornicy, bez Tomasza, udali się do najbardziej ekskluzywnego w mieście klubu Exotic Paradise. Właścicielami lokalu byli Niebiescy, którzy za darmo zapewniali wszelkie uciechy egzekutorom. Balangowiczów witała ogromna, wypełniona rozbawionymi ludźmi sala, olśniewająca gra świateł wprowadzała w imprezowy trans.
Kilku Niebieskich siedziało w małej salce na piętrze, obserwując przez okno zabawy komorników. Z satysfakcją patrzyli, jak realizują ich ukryte plany. Upewniwszy się, że nikt ich nie widzi, zaczęli oddawać się swoim mistycznym tańcom.

 Następnego dnia wczesnym popołudniem Tomasz udał się  na interwencję jak zwykle bez zbroi.
Nie szukał konfrontacji, był przekonany, że widok pancerza wzbudzał w mieszkańcach negatywne emocje.
Wszedł do środka lokalu i zaczął podziwiać jeszcze niedokończone wnętrze.
- Dzień dobry- powiedział pracownik baru.
- Dzień dobry- odpowiedział komornik.
- Podać coś Panu.
- Chętnie co polecacie?
- Przygotujemy tradycyjne danie.
Dąbrowski dostał gorący pachnący ziołami kotlet schabowy. Do tego delikatne puree z ziemniaków i zasmażaną kapustę z grzybami. Na widok jedzenia Tomek oblizał się ze smakiem.

 Kurator społeczny Wiktoria Solińska córka prezesa komorników uczestniczyła w konferencji Dawida Ibrahima rzecznika prezydenta Miasta Innowacji Stefana Szlachty. Kobieta nie cierpiała młodego karierowicza. Widziała w nim cynicznego, zepsutego do szpiku kości gracza. Próbując zbadać jego przeszłość, natrafiła na szczątkowe informacje. Nie była nawet pewna czy nazwisko, którym się posługuje, jest prawdziwe. Dawid Ibrahim był trzydziestosześcioletnim politycznym celebrytą, słynącym ze skandali obyczajowych. Miał pociągłe rysy twarzy, krótkie, ciemne, kręcone włosy. Zazwyczaj ubierał niebieski krawat i garnitur. Obnosił się z bogactwem, uwielbiał drogie samochody i młode ciągle zmieniające się asystentki. Promowały go media, którymi sterowała jego grupa.
Dawid nabijał się z rządzącego prezydenta, starszego spokojnego, rodzinnego mężczyzny. Atakował jego styl życia, robiąc z niego synonim obciachu. Niebiescy sami wypromowali kandydaturę Stefana, jednak z czasem stawał się on coraz bardziej asertywny. Wtedy zaczęli go dyskredytować w usłużnych mediach. Jego kadencja zbliżała się do końca. Mieli już przygotowanego na jego miejsce, lepszego bardziej uległego kandydata.
Głównym tematem konferencji nieoczekiwanie stała się nowa sympatia rzecznika. Dziennikarze nakryli ich, gdy wychodzili z klubu Exotic Paradise. Przytulali się i szli, trzymając się za rękę.
- Ma pan znów nową partnerkę?- dopytywały na konferencji dziennikarki.
- Mamy jedno życie, bawmy się, korzystajmy z niego!- odpowiedział polityk, na co dziennikarki zareagowały gromkim śmiechem,
po czym podekscytowane zaczęły wymieniać między sobą uwagi.
- Dlaczego miasto nie wsparło upadający zakład tokarski?- spytała zdenerwowana kurator, próbując przebić się przed wszechobecną radość.
-Musimy wygaszać przestarzałe branże przemysłowe, żeby przerzucić się na bardziej innowacyjne rozwiązania gospodarcze.- odpowiedział Dawid, nawet nie patrząc w jej stronę.
- Co ze zwolnionymi robotnikami? - dopytywała  Wiktoria.
- Mają teraz czas na odpoczynek, nie mogą narzekać na przepracowanie.- ripostował rzecznik, ponownie wzbudzając radość zebranych pań.
- Co pan powie na krytykę prezydenta pod Pana adresem. Twierdzi, że jest Pan lekkomyślny.- niestrudzona kurator drążyła temat.
- Niech dziadek wyjmie kij z tyłka. Więcej luzu człowieku, zacznij żyć!- krzyknął ucieszony.
Dziennikarki ponownie wybuchnęły wesołością.
- Nie sądzi Pan, że zajmowanie się sprawami towarzyskimi na konferencji to strata czasu.- naciskała Solińska.
- Wolałbym, że by Pani ze mną straciła trochę czasu.- odparł z zawadiackim uśmiechem Dawid.
- Uuuu.- odkrzyknęły kobiety, patrząc w stronę kurator.
- Wrrr.- warknęła Wiktoria i wściekła wyszła z konferencji.
Udała się na spotkanie z tatą  w cytadeli komorników.

Kobieta poświęciła się tropieniu nadużyć w środowisku prawniczym, wykorzystywała wpływy rodzica, żeby piętnować chciwość. Awanturowała się, wznosiła skargi, bezskutecznie apelowała do sumień. Nikt nie chciał z nią współpracować. Odbijała się od ścian, widząc bezwzględność systemu. Mocno wstrząsnęły ją ostatnie sprawy najpierw konfiskata ciągnika potem windykacja zakładu tokarskiego, która przelała szalę goryczy.

Gdy czekała na ojca pod jego gabinetem, usłyszała rozmowę, jaką toczył z Tomaszem, który właśnie wrócił zadowolony z interwencji.
- Jak to nic im nie wziąłeś?!- pytał z niedowierzaniem prezes.
- Byli bardzo mili. Poczęstowali mnie nawet kotletem schabowym. Tak mi smakował, że pewnie będę ich stałym gościem.- odrzekł spokojnie młody windykator.
Aleksander kipiał ze złości.
- Aaa! - krzyczał wniebogłosy.
Nogi się pod nim ugięły, oparł się rękami o biurko i gwałtownie łapał powietrze.
- Wyjdź. Nie mogę na ciebie patrzeć!- zdołał tylko wycedzić.

Wiktorie zaintrygowała ta tajemnicza, asertywna postać. Gdy Dąbrowski wyszedł z pokoju, pobiegła za nim.
- Hej, nie przejmuj się moim ojcem to narwaniec. Jestem Wiktoria jego córka. - przywitała się Solińska.
- Aha miło mi jestem Tomasz. - odparł Dąbrowski.
- Podziwiam cię, byłeś taki dzielny, zachowując zimną krew.
- Dzięki.
- Może umówimy się, udzielę ci paru wskazówek jak postępować z moim tatą.- entuzjastycznie zaproponowała dziewczyna.
- Z przyjemnością.- odpowiedział zadowolony Tomasz.

Następnego dnia, wieczorem spotkali się w eleganckiej cukierni. Dąbrowski opowiedział swoją historię, jak przybył do Miasta Innowacji, chcąc żyć samodzielnie, nie ulegając presji rodziny, pracując po swojemu. Wydawało mu się, że ludzie docenią jego polubowne podejście. Łudził się wizją zmiany instytucji od środka. Wrażliwa dziewczyna zauważyła potencjał w tym lekkoduchu.
- Osiągniesz swój cel, jeśli zaskarbisz sympatię mojego taty. Pomogę ci, zaufaj mi, znam go bardzo dobrze. Wykonuj starannie jego polecenia, zgadzaj się z nim do czasu, aż uśpisz jego czujność, wtedy będziesz mógł przeforsować własne stanowisko.- kurator odkrywała przed Dąbrowskim plan.
Zdawała sobie sprawę, że będą próbowali go złamać na wszelkie możliwe sposoby.
Tomek wykorzystywał jej instrukcję. Stopniowo wkupywał się w łaski kolegów i prezesa. Dużo ich komplementował i od razu go polubili.
Z czasem zaczął przejmować inicjatywę w rozmowach.

Biegał, codziennie rano przed pracą. Ciężko trenował, żeby móc sparować na równi ze współpracownikami.
Początkowo na sali treningowej, powitano jego obecność ze zdziwieniem. Śmiano się z niepowodzeń Dąbrowskiego. Tomek wyrabiał się, po pierwszych nokautach zbierał siły i wracał na ring. Dostrzegli, że jest wytrzymały, nie pęka. Zaczęli się do niego przekonywać. Prezes też zauważył zmiany zachodzące w młodym windykatorze. Dąbrowski wracał do domu zmęczony i obolały. Wiktoria motywowała go do dalszego wysiłku. Spotykali się w tajemnicy i uzgadniali dalszą taktykę.

Tomasz zabierał ją na koncerty i festiwale muzyki rockowej. Razem uczęszczali na piesze wycieczki po Bieszczadach. Nocowali w schroniskach, zgłębiali lokalny folklor. Dąbrowski przywrócił Wiktorii radość życia i pomógł nadrobić utracone dzieciństwo.
-Gdyby wszyscy byli tak dobrzy, jak ty.- miała mu kiedyś powiedzieć rozanielona niewiasta podczas jednego z pieszych rajdów.

Wiktoria była jedynakiem oczkiem w głowie Aleksandra. Matka umarła na raka, gdy dziewczynka miała trzy lata.
Została wychowana przez ojca pod kloszem, miała zostać komornikiem. W wieku czterech lat tata zaczął zmuszać ją do robienia pompek i oglądania brutalnych filmów. W okresie dojrzewania Wiktoria się zbuntowała. Zaczęła wagarować, uciekała z domu.
Błądząc po ulicach Miasta Innowacji, dostrzegła wiele problemów społecznych takich jak bieda i samotność, z których nie zdawała sobie wcześniej sprawy. Odkryła w sobie wrażliwość, której nie rozumiał jej ojciec. Wtedy postanowiła zostać kuratorem społecznym.

Solińscy kochali się, jednak różnice światopoglądowe budowały coraz mocniejszy mur między nimi. Widywali się tylko w weekendy na obiedzie w willi ojca.
Tego dnia po konsumpcji zapanowała krępująca cisza. Nagle Wiktoria wybuchła.
- Poznałam Tomasza jednego z twoich pracowników. Mówił, że się go czepiasz, bo nie chce być okrutny dla ludzi. Dlaczego jesteście tacy agresywni i znieczuleni?! Nie możecie być bardziej wyrozumiali?- apelowała córka.
-Nie jesteśmy zwykłymi ludźmi, całe życie oddaliśmy misji. To są wartości, w jakich nas wychowano.- odpowiedział poważnie ojciec.
- Może w końcu czas trochę odpuścić. Nie możecie mieć od razu wszystkiego. Jeśli ludziom nic nie zostanie, to z czego dalej będziecie brać?! Dłużnicy załamują się, zaprzestają działalności, czasem popełniają samobójstwa, wtedy już nic od nich nie wyciągniecie. Nie lepiej zabierać powoli, żeby zostało na dłużej. Zostawcie im parę złotych, żeby przynajmniej nie umarli z głodu.
- sprytnie podeszła Olka Wiktoria.
Ojciec się namyślił. Zrozumiał głębokie przesłanie córki i jej wielką mądrość. Z czułością uściskał dłoń kobiety.
- Masz rację Wiki. Nie gryzie się ręki, która cię karmi.

Gdy córka wyszła, Aleksander zaczął coś podejrzewać. Zastanawiał się, w jaki sposób poznała Tomka i jak bardzo jest to zażyła znajomość. Nakazał jednemu z najlepszych windykatorów ją śledzić. Egzekutor, krocząc śladami Wiktorii, przeskakując z budynku na budynek, w końcu wypatrzył całującą się Solińską z Dąbrowskim.
Prezes, gdy się o tym dowiedział, wpadł w furię. Wywrócił biurko, rozrzucając dokumenty po pokoju. Zaczął gołymi pięściami uderzać w ścianę biura, aż zrobił dziurę w murze.

W końcu pogodził się z wyborem córki, zaczęli się nawet we trójkę spotykać. Aleksander traktował Tomka z pogardą, wielokrotnie pod byle pretekstem pokazywał mu, że jest od niego silniejszy fizycznie i psychicznie. Z drugiej strony nigdy nie widział Wiktorii tak szczęśliwej. Solińska zauważyła, że ojciec nie reaguje już na chłopaka niepohamowaną agresją, więc postanowiła wykonać następny krok. Dążyła do tego, żeby Tomasz został zastępcą prezesa. Tym samym realizowała marzenie o troskliwym traktowaniu dłużników przez system.

- Cooo?! Chyba kpisz?!- krzyknął zdziwiony Aleksander, słysząc propozycję córki.
- Ludzie was nienawidzą, a Tomka lubią, pozwoli wam to zmienić wizerunek i przekonać do siebie społeczeństwo. Dalej będziesz o wszystkim decydował, on będzie tylko figurantem.- argumentowała córka.

 Podczas spotkań Wiktoria nie dawała ojcu zapomnieć o swojej propozycji. Myśl kiełkowała w głowie prezesa. W końcu się złamał i postanowił mianować Tomka swoim zastępcą. Miał to ogłosić publicznie podczas festynu miejskiego połączonego z prezentacją Armii Urzędników.
Wieczorem w dzień przed imprezą Tomasz intensywnie wpatrywał się w plakat z ukwieconą łąką.
Następnego dnia, gdy inni przygotowywali się do konferencji, młody komornik zaszył się w zbrojowni z farbami i pędzelkiem.

W czasie przemówienia prezydenta Wiktoria i Aleksander z niecierpliwością czekali na spóźniającego się Dąbrowskiego. Gdy chłopak przybył stali jak oniemiali, widząc jego pancerz, pokryty kolorowymi rysunkami kwiatków.
Na jej widok prezes wybałuszył oczy, nadął policzki, aż zrobił się czerwony.
- Coś ty zrobił ze zbroją? Porąbało cię?! Co to za kwiatki?! Ludzie mają się nas bać!!- darł się Soliński.
- Uspokój się tato, Tomek dobrze robi.- przekonywała Wiktoria.
- To kretyn, niszczy nasze dziedzictwo kulturowe.- oponował ojciec.
Opanował się, patrząc na rozanieloną córkę ściskającą dłoń Dąbrowskiego.
- Ludzie nie muszą się was bać. Możecie zamaskować swoje prawdziwe oblicze poprzez pozytywną propagandę.- zapewniała córka.
- Echh. No dobrze chodźmy. - westchnął zrezygnowany Aleksander.
Wiktoria odetchnęła z ulgą.

 Ludność zatrzęsła się ze strachu, kiedy komornicy w zbrojach weszli na scenę. Prezes zabrał głos.
- Witam Państwa, rzadko mieliśmy okazję rozmawiać. Cieszę się, że zebraliście się tak licznie.
Do tej pory byliśmy bardzo surowi w ściąganiu długów. Musicie nas zrozumieć, chcieliśmy jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki.
O teraz nasze zbroje będą symbolem  partnerskiej współpracy nie terroru. Na dowód tego mianuję Tomasza Dąbrowskiego, słynącego z uprzejmości swoim zastępcą.- ogłosił prezes, wznosząc rękę młodszego pracownika ku górze.
Widział tłum szczęśliwych ludzi.
Zgromadzeni pod sceną komornicy, nie mogli uwierzyć własnym uszom, oburzeni opuszczali rynek. Odebrali przemowę prezesa jako akt zdrady.
Po przemówieniach miejskich oficjeli dwójka komorników Tomasz wraz z Aleksandrem, dała imponujący pokaz możliwości pancerzy bojowych. Skakali nad tłumem na pełną wysokość wykrzesaną z butów odrzutowych. Strzelali w powietrze z wyrzutni rakiet umiejscowionych o okolicy barków. Przecinali się w powietrzu, wykonywali salta, publika była w szoku. Nagrodziła ich gromkimi brawami, gdy defilada ruszyła Tomasz i Aleksander zostali z tyłu sceny. Pomagali w pracach porządkowych, składaniu sceny wykorzystując super siłę.
Soliński wiedział, że radość ludzi może się kiedyś zamienić w gniew i chęć zemsty skierowanej na niego i organizację.
Zauważył u Tomasza uśmiech pod nosem.
- Z czego się śmiejesz?-  spytał podirytowany Aleksander.
- Wiedzieliśmy z Wiktorią, że uda nam się ciebie podejść.- odpowiedział rozbawiony chłopak.
-Podejść?! Jakie podejść?! Macie mnie za durnia?!- pytał wściekły prezes.
Aleksander uświadomił sobie, jak został wykorzystany. Eksplodował gniewem, kumulowanym od miesięcy.
Wystrzelił w młodego zastępcę pociski rakietowe, Tomasz odbijał je tarczą siłową. Wtedy Olek, posiłkując się butami z napędem odrzutowym, rzucił się na przeciwnika, przebijając jego ochronę.
Położył go na ziemi i zaczął zasypywać gradem ciosów.
Upajał się swoją przewagą i siłą.
-Jestem niepokonany. Jeszcze zwiększę ściągalność długów!- krzyczał jak opętany, okładając pięściami będącego w coraz gorszym stanie Tomka.
Nie zauważył przez to walącej się konstrukcji sceny. Rakiety odbite przez Dąbrowskiego naruszyły budowlę, której części zaczęły spadać na walczących komorników. Olek pociskami próbował roztrzaskiwać lecące na niego kawałki sceny. Nie był dostatecznie szybki. Fragmenty metalowej konstrukcji przebiły mu pancerz. Po chwili obaj komornicy znaleźli się pod stertą gruzu. Wielka miejska scena była w ruinie. Tomasz schował się w pod pancerzem Aleksandra, dlatego uniknął obrażeń. Gdy nawałnica ustała, młody egzekutor wydobył się spod ruin. Odkopał prezesa, otworzył mu hełm, trzymając go na rękach, był świadkiem jego ostatniego tchnienia.
- Hmmm- pomyślał chłopak.

Wiktoria czekała parę godzin na Tomasza.
Była prze szczęśliwa. Zdawała sobie sprawę, że jej miłość stworzyła pomost między bezkompromisowym ojcem a empatycznym ukochanym.
Kolacja przygotowana z pietyzmem zdążyła już wystygnąć, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Mocno przylgnęła do wchodzącego Dąbrowskiego.
- W końcu jesteś. Tak cię pragnę.
Przytulili się, całując się namiętnie.
- Co z moim ojcem, nie denerwował się zbytnio po konferencji?- spytała kobieta.
- A właśnie kochanie muszę ci coś powiedzieć.

Koniec.

poniedziałek, 28 maja 2018

Miasto Innowacji: 05. Sędzia banita.





Miasto Innowacji: 05. Sędzia banita.

Na sali sądowej oskarżony oczekujący na wyrok był dziwnie spokojny. Wpatrywał się w niego siedzący naprzeciw krępy mężczyzna z czerwonym krawatem.
Pozwany obrzucił butelkami powstający lokal na osiedlu Projekt. Został zatrzymany przez krewką obsługę baru. Na posterunku policja próbowała przekonać poszkodowanych do nieskładania zeznań, argumentowała tym, że dzięki takiej aktywności żyjemy w bardziej dynamicznym społeczeństwie. Ofiary napaści nalegały i bezradni funkcjonariusze nie mieli wyboru, tylko aresztować chuligana. To było pierwsze od miesięcy zgłoszenie, od razu podchwycił je sędzia Krzysztof Pieruński. Z fanatycznym uporem doprowadził do finalizacji sprawy. Personel sądu traktował go jak wariata, który psuje doskonale działający system.
Ofiarę zwykle się spławiało, zachęcając do dalszej wytrwałej pracy dla społeczeństwa. Skazywano tylko tych, co zagrażali interesom Czerwonych i Niebieskich.

W gabinecie sędziego panowała nerwowa atmosfera.
Przy biurku siedział Krzysztof Pieruński, prowadzący rozprawę. Był czterdziestoletnim mężczyzną o atletycznej budowie. Zawsze starał się być sprawiedliwy i merytoryczny tak jak uczył go mentor legendarny Antoni Hausner.
Awanturowała się z nim trójka kolegów po fachu.
-Nie uniewinnię go!- zarzekał się Krzysiek.
-Musisz to zrobić!- naciskał na niego największy z towarzystwa, Prezes Sądu Ryszard Cebula.
-Trzeba to przeciąć, nie możemy dawać się wiecznie zastraszać.- odparł stanowczo Pieruński.
Towarzystwo zatrzymało się na chwilę, wtedy jeden z sędziów zaczął panicznym tonem apelować do Prezesa Sądu.
-Jeśli tego nie zrobi, powie mu, on się dowie!
Trzech sędziów wyszczerzyło zęby i zacisnęło ręce na młotkach.
Krzysztof popatrzył wzrokiem szukającym pomocy na przyjaciela, szczupłego bruneta, Łukasza Chrudzimirskiego. Ten stał pod ścianą, spuścił wzrok i nie angażował się w sprzeczkę.
Koledzy z pracy zaczęli otaczać biurko Krzyśka.
- Uniewinnisz go albo zabierzemy ci łańcuch!- grozili.
Pieruński był przyparty do muru. Pod naporem kolegów, wstał i zaczął się wycofywać w kierunku ściany.
Miał do wyboru stracić pracę lub ucieczkę. Nie wahając się, zasłonił twarz togą i wyskoczył przez zamknięte okno z drugiego piętra.
Dach stojącej pod gmachem sejmu policyjnej furgonetki zamortyzował upadek.
Dźwięk uderzenia i tłuczonego szkła zwrócił uwagę policjantów i gapiów.
Zaniepokojeni ludzie zwrócili się do stróżów bezpieczeństwa.
-Bez nerwów, pan sędzia jest wolnym człowiekiem i ma prawo do skakania z okna.- funkcjonariusz uspokoił obywateli.
Mężczyzna, który zapewniał parasol ochronny oskarżonemu, należał do grupy Czerwonych. Czerwoni i Niebiescy pociągali za sznurki w Mieście Innowacji.
Byli ulokowani w różnych partiach, szyld nie miał znaczenia, bez względu na wynik wyborów zawsze rządzili.
Czerwoni- trzymali w garści resorty siłowe. Kontrolowali policję, firmy ochroniarskie i szarą strefę.
Byli koszmarem restauratorów. Pili na umór i wszczynali awantury. Kiedy pobili już innych klientów i obsługę zaczynali tłuc się między sobą. Policja i ochrona nie interweniowała. Czekali, aż się zmęczą i odwozili ich do domów.
Lubili epatować bogactwem, drogimi samochodami i biżuterią.
Niebiescy- posiadali wpływy w prawie, finansach i mediach.
Mieli wysublimowany gust i smak. Byli mecenasami wydarzeń kulturalnych w regionie. Woleli trzymać się w cieniu. Często podśmiewali się z grubiańskiego zachowania Czerwonych i traktowali ich z dystansem.
Znakiem rozpoznawczym obu grup były krawaty odpowiedniego koloru. Porozumiewali się między sobą tajnymi gestami dłoni.
Tylko garstka ludzi dostrzegała ich obecność w życiu politycznym. Ci, którzy o tym mówili, byli traktowani jak oszołomy.

Po awanturze w pracy zszokowany Krzysztof krążył wokół bloku Łukasza, chował się w ciemnych zaułkach i bramach.
Kiedy zauważył, jak wraca z pracy, ruszył za nim do mieszkania.
- Witaj.
- Witam, tak się cieszę, że cię widzę.- odpowiedział Łukasz.
- W sądzie nie byłeś specjalnie pomocny.
- Co mogłem zrobić? Byliśmy sami przeciw wszystkim. Wiem, że chcą cię oskarżyć o zaniedbanie obowiązków, ale wyprostuje sprawy. Przekonam ich, żebyś mógł wrócić do pracy. Odpocznij, na pewno jesteś zdenerwowany.
- Ehh...- westchnął Krzysztof i usiadł zmęczony na fotelu w salonie.
- Zaparzę herbatę.- zaproponował Łukasz.
Zniknął w kuchni i po chwili przyszedł z dwiema szklankami brzęczącymi na tacce.
Pieruński wstał i zaczął nerwowo krążyć po pokoju.
- Odpocznij, wypij herbaty, gorąca.- nalegał Łukasz.
Mimo uspokajania Pieruński cały czas obsesyjnie chodził po salonie. Kątem oka, w oknie, dostrzegł podjeżdżające pod blok furgonetki policji i wóz bojowy Armii Urzędników.
- Jak mogłeś mnie zdradzić, oboje byliśmy wychowankami Antoniego, taktował nas jak synów!- wrzasnął Krzysiek.
- Ty byłeś jego ulubieńcem, mnie miał za piąte koło u wozu! Teraz liczy się tylko kasa i kariera, żadnych sentymentów- odkrzyknął Łukasz.
Policja działała na polecenie Czerwonych, więc była pełna werwy i inicjatywy. Wspomagało ich paru szturmowców z Armii Urzędników.
Pieruński wybiegł na klatkę schodową, stawić czoła napastnikom, wyrwał tarczę pierwszemu, jednocześnie kopnął go w pancerz. Żołnierz w ciężkim rynsztunku stracił równowagę i stoczył się w dół schodów. Własnym ciałem zablokował przejście kolejnym funkcjonariuszom.
Krzysztof błyskawicznie wycofał się do mieszkania. Zatamował drzwi wejściowe meblami. Sam udał się na przeciwległą ścianę.
Uderzeniami młota przebił mur do sąsiedniego lokum.
Sąsiad mimo poniesionej straty, nie okazał braku szacunku.
- Dzień dobry panie sędzio.- przywitał się kulturalnie.
- Witam. - odpowiedział Krzysztof, biegnąc w kierunku drzwi wejściowych.
Na korytarzu chowając się za tarczą, skoczył między schodami na parter. Następnie szybko wybiegł z klatki, odpychając nadchodzącego w jego kierunku szturmowca urzędnika.

Sędzia poczuł się zaszczuty, nie chciał uciekać z własnego miasta, któremu poświęcił życie.
Postanowił udać się w kierunku wioski Kręgi, gdzie przy granicy rozpościerały się pola uprawne.
Kupił koce, śpiwór, siatkę konserw i zgrzewkę wody.
Pod małym wzniesieniem, w miejscu zasłoniętym trawą, wykopał dziurę w ziemi.
Myślał strategicznie, kiedy przyjdą po niego, będzie miał wiele kierunków ucieczki.
Po paru dniach ukrywania się wyczyścił umysł i odnalazł wewnętrzną równowagę.
Nie straszna mu była żadna niedogodność zimno, deszcz, osuniecie się ziemi, był twardy, potrafił wytrzymać wszystko. Od czasu do czasu opuszczał kryjówkę i podjadał na polach korzonki i korę.
Spędził tak dwa miesiące, po czym postanowił się wybrać w kierunku pobliskiego gospodarstwa rolnego. Obserwował utrudzonego chłopa pracującego od świtu do wieczora. Po paru dniach zabrał swój dobytek i poszedł do rolnika, oferując pomoc za kąt do spania i wyżywienie. Skłamał, że w ten sposób podróżuje, odstresowując miejski styl życia. Rolnik Stefan Zguba stwierdził, że nie ma miejsca w domu i może jedynie zaproponować nocleg w stodole.
Razem zaczęli pracować w polu, przy zwierzętach i porządkach w gospodarstwie. Pewnego wieczora przy wspólnej kolacji w domu rolnik miał podpisać przedłużenie umowy dzierżawy. Krzysztof zapoznał się z pismem, zauważył, że porozumienie jest niekorzystne dla Zguby. Poradził mu negocjację lepszych warunków. Nazajutrz Stefan wrócił zadowolony do domu po zastosowaniu rad kompana. Był bardzo wdzięczny Pieruńskiemu i polecał jego wiedzę znajomym. Chłopi w okolicy rozwiązali, dzięki sędziemu, wiele problemów prawnych na swoją korzyść.

Gdy wydawałoby się, że sprawy mają się coraz lepiej, Krzysztof podczas kopania w polu usłyszał odgłosy awantury. Chowając się za drzewem, dostrzegł komornika w stroju bojowym, jak rekwirował ciągnik Stefana.
- Co ja teraz zrobię?! - lamentował rolnik.
Bezradny ukląkł na ziemi.
- Takie jest prawo.- odpowiedział spokojnie funkcjonariusz.
Mech przyczepił hak liny do traktora i zaczął go ciągnąć w kierunku miasta.
Podczas wspólnego obiadu Stefan schował głowę w ramionach i rozpłakał się przy stole.
- Z czego teraz utrzymam rodzinę? Nie mam żadnych długów, dlaczego zabrano mi traktor- biadolił.
- Będzie dobrze, obiecuję.- uspokajał Pieruński.
Krzysiek wiedział, że nie może być dłużej ciężarem dla tej miłej, poszkodowanej przez los pary chłopstwa.
Od tego wieczora zaczął cały wolny czas poświęcać treningom walki młotem. Pojedynek był dla niego jedyną drogą powrotu do społeczeństwa. Myślał, że po odzyskaniu stanowiska, będzie miał większe szanse na pomoc rolnikowi.
Polskie prawo zostało napisane w ten sposób, że pozostawiało duże pole do interpretacji. Niektórych sporów nie dało się rozwiązać dyskusją. Wiele wyroków spotykało się z wielkim sprzeciwem społecznym. Dla takich sytuacji wprowadzono instytucję sędziowskiego pojedynku.
Starcie odbywało się za pomocą młotków. Przegrany ryzykował utratę łańcucha, co wiązało się z dożywotnim zakazem uprawiania zawodu lub mógł liczyć na prawo łaski.
Dlatego koło budynków sądu znajdują się małe zagajniki, w których nie widać nic z zewnątrz.
Konfrontacje były ostatnio rzadkie, sędziowie zaczęli chronić się nawzajem, unikając konfliktów.
Warunkiem wypowiedzenia pojedynku było posiadanie przynajmniej jednego świadka sędziego.

Nazajutrz na gospodarstwo przyszła kurator społeczny Wiktoria Solińska, szczupła szatynka z długimi lokami, córka prezesa Rady Komorniczej. Poruszona kobieta zjawiła się od razu, gdy usłyszała o skandalicznej pomyłce z traktorem. Przepraszała rolnika i zapewniała o wsparciu w jego sprawie.
Sytuację obserwował Krzysztof przez uchylone drzwi do stodoły. Po zakończonej rozmowie dziewczyna rozglądała się po gospodarstwie Zaintrygowała ją zarośnięta głowa wychylająca się z wrót szopy.
Mężczyzna przestraszył się i zamknął budynek. Ruszyła w jego kierunku.
-Hej !- krzyknęła, dobijając się do środka.
Otworzył jej Krzysiek z długimi pozlepianymi włosami i brodą.
Dziewczyna z trudem rozpoznała w nim zaginionego sędziego.
- Ty jesteś Krzysztofem Pieruńskim, słyszałam, że uciekłeś z sądu przez okno.
- Tak to ja. - odpowiedział nieśmiało Krzysztof.
- To niesamowite! Jak spędziłeś ostatnie miesiące? - zapytała podekscytowana kobieta.
Zaprosił dziewczynę do stodoły i zaczął opowiadać o czasie spędzonym na wygnaniu. Kobieta słuchała z zapartym tchem, jednocześnie zdała sobie sprawę, że to on stał za wzrastającą świadomością prawa, wśród okolicznych rolników.
Wiktoria od początku wizyty zwracała uwagę na nieprzyjemny zapach. Gdy siedzieli na odwróconych skrzynkach, dostrzegła w kącie dwa wiadra. Nie mieściło jej się w głowie jakaż to pasja i zaangażowanie drzemały w tym człowieku.
Poświęcił pozycję zawodową i luksusy dla życia w niedostatku i pomocy społeczeństwu.
Dreszcz pożądania przeszył jej ciało.
Przylgnęła do jego twardej umięśnionej klatki piersiowej i wiedziała już, że spędzi z nim tę noc.
Gdy wstała, on już nie spał, trenował walkę z cieniem przy użyciu młotka. W życiu nie widziała takich szybkich skoordynowanych ruchów, chociaż od dziecka przebywała w towarzystwie sędziów.
Wiedząc, że związek nie jest im pisany, po cichu wymknęła się ze stodoły.

Około południa Krzysztof ogolił się siekierą nad wiadrem i ruszył do mieszkania mentora Antoniego.
Idąc ulicą, czuł się niepewnie.
Swobodna piesza przechadzka w godzinach pracy była źle widziana przez patrole Armii Urzędników.
Dwójka żołnierzy idąca za nim zaczęła go wołać. Pieruński przyśpieszył kroku. Żołnierze ruszyli za nim w pogoń. Sędzia schronił się w bramie.
Patrol bojowników ostrożnie podążył za nim. Kucający Krzysztof już na nich czekał.
Uderzył zza ściany w nogę, poniżej tarczy, pierwszego napastnika. Opierając się o jego hełm, przeskoczył z saltem za ich plecy. Atakując z tyłu, rzucił o ścianę uzbrojonego żołnierza, okładając go młotkiem. Drugi bojownik z furią zaatakował elektrycznym pastuchem. Krzysztof trafiał bezbłędnie, był wyraźnie szybszy, celował w miejsca nieosłonięte pancerzem. Uderzał do skutku, aż obolały żołnierz osunął się na ziemię.

Następnie dyskretnie udał się do mieszkania Hausnera.
Emeryt przez lata był sędzią cieszącym się autorytetem. Słynął ze sprawiedliwych wyroków. Potrafił znaleźć kompromis między naciskami politycznymi a odpowiednią karą. Pozwalano mu na więcej, bo ojciec Antoniego przyjaźnił się z ojcem Prezesa Sądu. Był uwielbiany przez społeczeństwo, jednocześnie będąc dla wielu ludzi niewygodnym. Miarka się przebrała, kiedy jego działania przeszkodziły interesom Czerwonych. Został wysłany na wcześniejszą emeryturę.
Krzysztof odwiedzał Hausnera średnio raz w tygodniu. Po awanturze w sądzie zerwał z nim kontakt, nie chciał go narażać na nieprzyjemności.
-Wejdź czekałem na ciebie.- przywitał młodszego wychowanka, starzec z siwymi długimi włosami i brodą.
Mieszkał w skromnym mieszkaniu wypełnionym książkami.
Usiedli w kuchni i zaczęli się naradzać.
- Od tego nie będzie odwrotu. Kiedy wejdziesz na tą ścieżkę, zyskasz wielu wrogów.- radził stary mentor.
- Nie mam wyboru. To moja jedyna szansa. Nie wierzę, że Łukasz tak się zachował.- odpowiedział nakręcony Krzysztof.
- Każdy z nas musiał kiedyś wybrać stronę. Już dawno podejrzewałem, że Chrudzimirski nie jest tak wytrwały, jak ty.
- Musimy się zbierać, niedługo sąd zamkną.- oznajmił Pieruński.

Udali się w kierunku instytucji, krocząc przez miasto, dumnie wypinali pierś ozdobioną łańcuchem.
Ich pojawienie się w sądzie było wielką sensacją. Gwar na korytarzu cichł, gdy rozbrzmiewał dźwięk laski Antoniego stukającej o podłogę.
Na jego widok ludzie przystawali, a rozmowy zamierały. Tak wielki emanował od niego autorytet.
Dotarli do pokoju Prezesa Sądu Ryszarda Cebuli. Mężczyzna znieruchomiał na ich widok.
- Tyyy, jak śmiesz się tu pokazywać?!- powiedział Ryszard, spokorniał, kiedy zauważył Antoniego wynurzającego się zza pleców Pieruńskiego.
- Przybyłem walczyć o moje dobre imię. Nie ugnę się przed pomówieniami. Wyzywam cię na pojedynek.- odparł buńczucznie Krzysztof.
- Haha, nigdzie nie muszę z tobą iść.- próbował zbagatelizować sytuację prezes.
- Musisz, taka jest tradycja.- odpowiedział mu Antoni.
Mierząc się groźnymi spojrzeniami Cebula podszedł do Pieruńskiego. Przybliżyli się czołami.
- Zmiażdżę cię knypku- zagroził Rysiek.
Prezes powołał na świadka sędzinę Ewę i jej kolegę z sąsiedniego pokoju.
Ruszyli do skwerku, gdzie kiedyś odbywały się pojedynki. Świadkowie okrążyli antagonistów. Mężczyźni zaczęli rozgrzewkę. Wymachiwali rękami i rozciągali nogi. Po skończonej gimnastyce prezes z okrzykiem rzucił się na Krzysztofa. Ten błyskawicznie odskoczył uderzając nacierającego w bok. Wściekły Ryszard machnął młotkiem na odlew. Pieruński schylił się, celując w brzuch, poprawił ciosem w plecy. Cebula ze zmęczenia oparł się rękami o trawę. Gdy Krzysiek zbliżał się do zadania nokautującego uderzenia, prezes zerwał się gwałtownie z ziemi i rzucił się na niego z impetem. Udało mu się powalić Krzysztofa i zaczął uderzać go młotkiem w głowę. Czwarty cios Pieruński zablokował, poczuł jednak, że traci przytomność. Zaczął odpływać, przed oczami stawały mu upokorzenia ostatnich dni. Zimno, podjadanie korzonków, brak ubikacji, bieżącej wody i co najgorsze utrata traktora przez rolnika. Wstąpiła w niego ogromna siła napędzana chęcią zemsty. Odepchnął napastnika nogami. Uderzył młotkiem w ramię, poprawił w głowę, trzecie machnięcie trafiło w plecy.
Przestraszony Ryszard próbował na czworaka uciekać. Krzysztof wzbił się w powietrze krzycząc.
- Ile uwaliłeś małych i średnich przedsiębiorstw dziadu!
Doskakując do przeciwnika, zadał ostateczny cios. Nachylił się nad powalonym wrogiem i sięgnął po naszyjnik. Obecne osoby popatrzyły z przerażeniem.
- Jeśli sytuacja się nie poprawi, zostanie tylko jeden!- wrzasnął wznosząc łańcuch do góry.
Po czym obolały skierował się do Antoniego i razem udali się do domu.
Pozostali sędziowie podnieśli z ziemi, byłego prezesa, który właśnie odzyskiwał świadomość.

-Jednak ci się udało.- powiedział Antoni, uśmiechając się do Krzysztofa.
-Nie mów, że we mnie nie wierzyłeś. - odpowiedział przez opuchnięte wargi zwycięzca.
Podczas marszu Antoni przywitał się serdecznie z przechodząca obok staruszką Genowefą. Emeryci uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.

Koniec.





http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/20717